środa, 25 października 2017

Dieta śródziemnomorska - co tak naprawdę oznacza?

Nie odkryję Ameryki, gdy stwierdzę, że w gąszczu przeróżnych sposobów odżywiania (aka diet) można się pogubić i że już mamy naprawdę dość wysublimowanych nazw, typu: paleo albo keto, które nic nam nie mówią, a gdy już się z nimi zapoznamy, okazuje się, że ktoś nam proponuje zrezygnowanie z jakiejś grupy produktów spożywczych. Czy aby na pewno, żeby być zdrowym i pięknym i szczupłym, trzeba z czegoś rezygnować?
Ci, którzy interesują się zdrowym odżywianiem i dietetyką, nawet bardzo sporadycznie, słyszeli zapewne o sławnej diecie śródziemnomorskiej. Dla laika termin ten przywołuje bardzo szeroki zakres skojarzeń, niektórych słusznych, a niektórych nie. Zapewne dieta śródziemnomorska kojarzy się nam z oliwą z oliwek i jedzeniem ryb i owoców morza. I słusznie. Termin ten myląco może wskazywać, że taki sposób jedzenia prezentują wszystkie kraje leżące wokół basenu Morza Śródziemnego, a nie, tutaj należy się sprostowanie.
W dietetyce terminem dieta śródziemnomorska określa się styl jedzenia Kreteńczyków oraz mieszkańców południowej Grecji i Włoch w latach 60 i 70. Wiedzieliście!? Pewnie niekoniecznie. I ten właśnie sposób odżywiania się uznaje się za wzorcowy i najbardziej zbilansowany, a także gwarantujący wolność od chorób i długowieczność.

© Francisco Arara/Thinkstock

Przyjrzyjmy się zatem, co i jak jadali Kreteńczycy, aby wyłuskać sobie wytyczne ich diety.

1. Źródło tłuszczy
Tłuszcze stanowiły 35-40% ich dziennej dawki kalorycznej. Ale uwaga, źródłem tłuszczu była głównie oliwa z oliwek i oliwki (nie masło, smalec, czy tłuszcze zwierzęce). Wniosek, który się narzuca sam, jest taki, że nie należy bać się tłuszczu jak ognia, trzeba zadbać, aby był to dobry dla zdrowia tłuszcz. 

2. Mięso czerwone
Kreteńczycy jedli mięso czerwone tylko podczas świąt i zaledwie co drugi tydzień (!). Kurczaka jedli częściej, ale tylko raz do dwóch razy w tygodniu.

3. Ryby
Możecie się pewnie domyślić, że bliskość morza zapewniała, że pojawiały się na stole 1-2 razy w tygodniu. 

4. Mleko i nabiał
Kreteńczycy nie spożywali dużych ilości nabiału, mówi się, że szklankę mleka dziennie. Pozostałe zapotrzebowanie na nabiał zaspokajał ser, ale raczej ten świeży niż bardzo dojrzały.

5. Jajka
2-3 tygodniowo.

6. Ślimaki
Były jednym z głównych źródeł białka. Te kreteńskie ponoć zawierają więcej omega-3 niż te francuskie.

7. Zboża
Spożywali tylko produkty pełnoziarniste, jak sławne jęczmienne suchary (paximadi), ale także ryż i pszenicę. Biały chleb był zarezerwowany tylko na świętowanie.

8. Strączkowe i ziemniaki
Zaspokajały potrzebę węglowodanów. Strączkowce były jedzone w ilości 3 porcji na tydzień (głównie fasola).

9. Warzywa i owoce
Stwierdzono, że Kreteńczycy jedli więcej owoców niż w jakimkolwiek innym kraju basenu Morza Śródziemnego. Posiłki w znacznej części były oparte na warzywach, z czego ważną rolę odgrywała dziko rosnąca zielenina (tzw. horta).

10. Umiarkowana konsumpcja wina
Nawet 1-2 szklaneczek (małych, nie naszego rozmiaru) dziennie.

Jak dla mnie to brzmi naprawdę rozsądnie. Rezultaty są potwierdzone naukowo przez np. długą żywotność mieszkańców wysp greckich. I co się okazuje? Nie musimy niczego z diety eliminować. Niektóre rzeczy należy tylko ograniczyć.

Ja osobiście od jakiegoś roku staram się podążać za tym modelem odżywiania się. Kiedyś na 8 miesięcy wyeliminowałam mięso czerwone, jednak po przeprowadzce do Włoch wróciłam do niego. Staram się teraz jeść mięso czerwone tylko raz w tygodniu i jest to dla mnie idealna sytuacja. Jeśli chodzi o ryby i owoce morza, chętnie jadłabym je dwa razy w tygodniu, jednak ich cena wymusza zmniejszoną częstotliwość, tak więc jest to raz w tygodniu (czasem na tuńczyku z puszki pozostając). Kurczak lub indyk - również raz w tygodniu.
Co jest bardzo ważne, jemy już od bardzo dawna 2-3 jajek tygodniowo i tego się trzymamy ściśle. Francesco nie lubi jajek za bardzo, więc jest szczęśliwy z dwoma, ja natomiast uwielbiam jajka, ale uważam, że ich ograniczenie jest dobre zarówno ze względów zdrowotnych, jak i innych. 
Oboje bardzo lubimy strączkowce i pojawiają się w menu rodzinnym przynajmniej 2 razy na tydzień, pod różnymi postaciami: fasolki borlotti, czerwonej, Jasia, soczewicy, cieciorki, grochu czy groszku. 
Staram się, aby danie bazowało na warzywach, a wszystko inne było dodatkiem, tak w skrócie mówiąc. 

Mam nadzieję, że da Wam do myślenia styl życia i jedzenia zacnych Kreteńczyków. Ja moją wiedzę na temat diety śródziemnomorskiej czerpię głównie od Greczynki urodzonej i wychowanej w Stanach Zjednoczonych, Eleny Paravantes, obecnie mieszkającej w Atenach, która jest dyplomowanym dietetykiem i której bloga Olive Tomato śledzę chętnie i z zaciekawieniem.

niedziela, 24 września 2017

Sos z włoskiej kiełbasy z polentą - danie zimowe z północnych Włoch

Klimat północnych Włoch nie jest tak łagodny, jak południowych i w zimie potrafi być naprawdę zimno. Mieszkańcy północnych regionów, zwłaszcza wiejskich, wykształcili swoje sposoby na ogrzanie się i przetrwanie chłodniejszych miesięcy. Jednym z nich jest polenta z sosem - danie rustykalne i bardzo proste do zrobienia, a przede wszystkim przepyszne. Ponoć Włosi z południa nazywają tych z północy polentoni. My w czwartek wróciliśmy z Polski z mocnym postanowieniem niejedzenia już kiełbas, ale tak jakoś wyszło, że dziś na obiad był sos z kiełbaskami z polentą... Słowem wyjaśnienia, kiełbasa włoska, czyli salsiccia, jest z surowego mięsa wieprzowego, więc nie da się jej jeść zanim ją ugotujemy. Polentę wykonuje się natomiast z mąki lub kaszki kukurydzianej, jest więc gluten free. Ja polecam pójść na łatwiznę i zakupić tą wcześniej podgotowaną, aby skrócić czas jej przygotowania. 
Jest to solidne danie, które przypomina trochę kuchnię polską ze względu na użycie wieprzowiny i jego sytość. Polecam wypróbować w tym sezonie szczególnie.



 

Składniki:

Na sos :

pół cebuli pokrojonej drobno
ząbek czosnku pokrojony drobno
garść pokrojonego drobno selera naciowego
pół marchewki (opcjonalnie) 
garść suszonych grzybów leśnych (najlepiej prawdziwków) namoczonych we wodzie
3 włoskie kiełbaski (tzw. salsicie)
1l passaty pomidorowej
szczypta soli, pieprzu i cukru
pół papryczki chili (opcjonalnie)
oliwa z oliwek do podsmażenia

Polenta:
375 gr polenty już podgotowanej (czas jej przygotowania to 8 min., my użyliśmy polenty firmy Valsugana)

Wykonanie:

Wykonanie sosu: 
Wykonanie zaczynamy od pokrojenia drobno cebuli, czosnku, selera naciowego, marchewki i chili (jeśli używamy) oraz namoczonych grzybów i ich podsmażenia w garnku na niewielkiej ilości oliwy. Do tego dodajemy kiełbaski w błonie (można też wycisnąć samo mięso z błony, jeśli ktoś woli w ten sposób) i podsmażamy do czasu, gdy zbrązowieją lekko. Następnie wlewamy do garnka passatę pomidorową i przyprawiamy całość szczyptą soli, pieprzu oraz cukru. Tak połączone składniki muszą się gotować na minimalnym ogniu przez 2 godziny.

Wykonanie polenty:
Według instrukcji na opakowaniu: doprowadzamy do zagotowania 1,5 l osolonej wody, kiedy wrzy, wsypujemy polentę, bezustannie energicznie mieszając w jednym kierunku. Po około 5-8 minutach polenta jest gotowa do serwowania na talerze. Polewamy ją sosem z kiełbaskami. Wierzch Włosi posypują tartym parmezanem oczywiście ;)
Polenty zazwyczaj zostaje i po czasie twardnieje. Włosi kroją ją i smażą, aby wykorzystać pozostałości.

wtorek, 5 września 2017

Sałatka ziemniaczana z wasabi

Bohaterką tego posta będzie moja znajoma, z którą zaprzyjaźniłam się po przyjeździe do Genui. Przeprowadzka do Genui oznaczała dla mnie konieczność zaklimatyzowania się w trzecim obcym dla mnie kraju (po Wielkiej Brytanii i Grecji). Oprócz znajomych Franceska nie miałam tu prawie nikogo, a teraz jeszcze jestem mamą. W Atenach moją mamą, teściową i całą wioską (It takes a village to raise a child) była dla mnie grupa na Facebooku Foreign mothers and mothers-to-be living in Athens. Postanowiłam taką samą założyć w Genui, aby, obchodząc barierę językową, stworzyć sobie grupę wsparcia mam angielskojęzycznych lub tych znających język angielski. Wtedy poznałam Maeve, mamę 6-letniej Silvii i Niccolo, który jest o 2 miesiące młodszy od mojego syna. Maeve jest Chinką z Singapuru, jedyną osobą, którą znam z tego kraju. Przez jej pryzmat poznaję Singapur. Wymieniamy się wiedzą na temat kuchni naszych korzeni.
Dzisiaj przedstawię Wam przepis na przepyszną sałatkę, którą włączyłam do swojej rodzinnej książki kucharskiej dzięki Maeve. Ziemniaki, chrupiący boczek i wasabi, a więc to, co lubię. Sałatka świetnie nadaje się na imprezę domówkę, na grilla albo po prostu na rodzinną niedzielną kolację (małe dzieci jednak nie będą jej jeść ze względu na chrzan japoński). Mówię niedzielną, bo jak dla mnie jest to raczej danie na tzw. "cheat day" ze względu na boczek i majonez w jej składzie. Zapraszam do zapoznania się z przepisem.



Sałatka ziemniaczana z wasabi

 

Składniki:

0,5 kg ziemniaków
150 gr boczku wędzonego
4 laski selera naciowego
2 garści pokrojonej zielonej cebulki
170 gr majonezu
3 łyżki wasabi (ilość wasabi proszę regulować zgodnie ze swoim smakiem i odpornością, jak dla mnie mogłyby to być nawet więcej niż 3 łyżki)
sok wyciśnięty z połowy dużej cytryny
sól i pieprz do smaku

Wykonanie:

Zaczynamy cały proces od umycia ziemniaków i ugotowania ich w mundurkach. Ziemniaki sprawdzamy najlepiej, wbijając nóż w najszerszym miejscu największego z nich. Jeśli nóż wchodzi gładko, ziemniaki są ugotowane. Nie przegotujmy ich, muszą trzymać formę, aby ładnie się prezentować w sałatce. Ugotowane ziemniaki przestudzamy, obieramy ze skórki i kroimy w dużą kostkę. W czasie kiedy gotują się ziemniaki, możemy przystąpić do przygotowania boczku. Wszystko zależy od tego w jakiej formie go kupiliśmy. Jeśli jest w całości, musimy go pokroić w drobną kostkę, jeśli w plasterkach, kroimy na mniejsze części. Ja kupiłam już pokrojony w kostkę. Należy go wyłożyć pokrojonego na patelnię i na bardzo niskim ogniu podsmażać aż do momentu, gdy boczek będzie chrupki. Boczek przekładamy do miski z pokrojonymi ziemniakami bez tłuszczu, który z niego wytopiliśmy. Seler naciowy kroimy w półksiężyce i dodajemy wraz z zieloną cebulką do miski z ziemniakami i boczkiem. Przystępujemy do przygotowania sosu. W miseczce mieszamy majonez z wasabi, sokiem z cytryny i doprawiamy go solą i pieprzem. Całość mieszamy dokładnie i zalewamy nasze składniki. Wszystko razem mieszamy najlepiej plastikową lub drewnianą łyżką, aby nie rozpaćkać naszych ziemniaków (w zależności od rodzaju ziemniaków może być z tym różnie, a dobrze, żeby ziemniaki zachowały kształt kostki ;) ). Sałatka musi "oddychać" minimum godzinę w lodówce przed podaniem, ale nie dłużej niż 2 godziny. 
Smacznego!

sobota, 26 sierpnia 2017

Polpettone alla genovese - stały element letniego menu genueńczyków

Z Polski dochodzą do mnie głosy, że jesień już czuć w powietrzu i lato to w zasadzie już przeszłość. Tu w Genui jeszcze trwa. Dzisiaj postanowiłam opowiedzieć Wam o ważnym letnim daniu typowym dla kuchni liguryjskiej, a mianowicie o polpettone alla genovese. Polakowi nazwa może przywieść na myśl, błędnie, pulpety, czyli danie z mięsa mielonego. Nic podobnego jednak. Jest to danie czysto wegetariańskie na bazie ziemniaków. Kiedy widzę, że teściowa zaczyna robić polpettone, to dla mnie znak, że jest lato i jest świeża fasolka szparagowa w sezonie. A teściowa robi to danie każdego tygodnia i jest to jej popisowe, też i dlatego, że jest ona prawie że wegetarianką, a napewno miłośniczką warzyw. Polpettone to świetny sposób na wykorzystanie fasolki w nieco inny sposób, a samo danie jest łatwe do zrobienia i służy doskonale jako przystawka albo danie samo w sobie (w parze z sezonową zieleniną). Myślę, że ziemniakolubnym Polakom (ze mną na czele) przypadnie do gustu.




Składniki na ok. 4 porcje

4-5 ziemniaków w miarę dużych
300 gr świeżej zielonej fasolki szparagowej 
4 jajka
2 łyżki tartego parmezanu lub grana padano
1 cebula
1 łyżka majeranku
sól 
bułka tarta do posypania dna formy
oliwa z oliwek do podsmażania cebuli i do natłuszczenia formy

Wykonanie:

Zaczynamy od ugotowania ziemniaków w łupkach i ugotowania fasolki szparagowej z odciętymi końcówkami w lekko osolonej wodzie. Ugotowane ziemniaki obieramy z łupki i gnieciemy tłuczkiem do ziemniaków w misce, gdzie będziemy mieszać ze sobą pozostałe składniki. Ugotowaną fasolkę szparagową kroimy na mniejsze kawałki i dodajemy do ziemniaków. 
Pokrojną drobno cebulę podsmażamy na patelni do zrumienienia. Następnie dodajemy ją do miski z ziemniakami i fasolką. Dodajemy tarty ser, jajka w całości, majeranek i sól do smaku (nie za dużo, parmezan jest słony!). Całość mieszamy dokładnie, aby składniki się połączyły ze sobą. Przygotowujemy okrągłą lub prostokątną formę lub naczynie żaroodporne, nacierając je tłuszczem i podsypując dno bułką tartą. Naszą mieszankę przekładamy do foremki. Gospodynie robią na masie wzorki widelcem, można to zobaczyć na zdjęciu. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200 stopni przez 35-40 minut. Po wyjęciu polpettone jest w zasadzie gotowe do konsumpcji, jednak genueńczycy jedzą je schłodzone (to w końcu danie, które je się w lecie).

wtorek, 22 sierpnia 2017

Parmigiana, czyli sezon na bakłażany w pełni

Kochani, wiem, że nie było mnie tu za długo. Przykro mi z tego powodu. Zapewniam, że mam ogromną, trwającą już czwarty rok chęć pisania o jedzeniu i całą masę rzeczy w głowie i na talerzu, którymi chcę się podzielić z Wami. Na Facebooku zapewniliście mnie, że moje pisanie komuś się przydaje i daliście naprawdę pozytywnego kopa do działania. Będzie ciekawie, będzie zdrowo i będzie pysznie. 
Mamy koniec sierpnia. Sezon na bakłażany jest w swoim szczycie. Widzę w sieci, że robicie ratatuje, makarony alla norma i inne pyszne dania, a mnie wzięło na zrobienie parmigiany, którą dotąd jadłam tylko wykonaną przez Franceska lub teściową. Nie jest to przepis szybki, łatwy i przyjemny, jakie lubię, ale jego efekt finalny wynagradza ciężką pracę ;) Poza jego smakiem, ważne jest dla mnie to, że wspiera moje dążenia do niejedzenia mięsa zbyt często. Po przeprowadzce do Włoch niestety zaczęłam jeść znowu wędliny i mięso czerwone. W tym momencie staram się nad tym zapanować i jeść mięso czerwone tylko dwa razy w tygodniu. Parmigianę zrobiłam dzisiaj na kolację. Jest bardzo sycąca, nawet dla mojego partnera, który zazwyczaj, jak to typowy mężczyzna, musi konkretnie sobie podjeść, a najlepiej mięsem ;) 
Tak więc idealna w sierpniu, na meatless Monday i dla wegetarianów, ale wymaga poświęcenia odrobiny więcej czasu. Nie muszę chyba pisać, że to danie kuchni włoskiej. Zapraszam!


 

Parmigiana di melanzane

 

Składniki  na ok. 6 porcji:

Ok. 1,5 kg bakłażanów (u mnie to były 2 pokaźne)
150 gr tartego parmezanu
2 puszki pomidorów krojonych na sos lub ok. 900 ml passaty pomidorowej
250 gr mozzarelli
ząbek czosnku
świeże liście bazylii
oliwa z oliwek
pieprz, sól, szczypta cukru do sosu
sól gruba morska do posypania bakłażanów

Wykonanie:

Zaczynamy całą dość długą operację od umycia bakłażanów, odcinamy ich charakterystyczny łepek i tniemy je wzdłuż na 4-5 mm grubości plastry. Po pokrojeniu najlepiej ułożyć je na sitku lub kratce (żeby woda mogła swobodnie z nich wykapać), posypać solą, jeśli mamy najlepiej grubą, i przycisnąć talerzem i czymś ciężkim. W ten sposób przygotowane bakłażany zostawiamy na minimum godzinę, ale najlepiej na kilka godzin. Wypłynie z nich mnóstwo wody, co ustrzeże danie przed zbytnią ilością płynów w końcowym efekcie.

W tzw. międzyczasie można przygotować sos pomidorowy. Rozgrzewamy oliwę na patelni i opiekamy na niej przez chwilę czosnek. Kiedy czujemy jego piękny zapach, a kolor czosnku zrobi się lekko brązowawy, wlewamy na patelnię pomidory lub passatę. Doprawiamy je solą, pieprzem, szczyptą cukru oraz porwanymi liśćmi świeżej bazylii. Kiedy pomidory zawrzą, zniżamy ogień i zostawiamy je gotujące się pod przykryciem przez ok. 35 min. Jeżeli sos jest zbyt wodnisty, w końcowym etapie podkręcamy ogień na większy i ściągamy przykrywkę, aby wyparować nadmiar wody. Sos ma być gęsty w miarę.

Bezpośrednio przed rozpoczęciem właściwego procesu przygotowywania dania myjemy bakłażany z soli i osuszamy czystą ścierką lub ręcznikami papierowymi. Następnie smażymy bakłażany na patelni z obu stron aż do ich zmięknięcia i układamy na talerzu wyłożonym ręcznikiem papierowym, aby wchłonął nadmiar oleju.

Kroimy w kostkę mozzarellę i trzemy parmezan.

Mamy już gotowe wszystkie składniki, dlatego możemy przystąpić do ich składania w całość. Potrzebujemy naczynie żaroodporne o wymiarach 20x30 cm. Smarujemy jego dno sosem pomidorowym, na którym układamy warstwę bakłażanów. Smarujemy je sosem pomidorowym i posypujemy kosteczkami mozzarelli. Ponownie układamy warstwę z bakłażanów, smarujemy ją sosem i posypujemy mozzarellą. Całość posypujemy startym parmezanem i gotowe.

Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni i pieczemy danie przez ok. 40 min.

Smacznego!

wtorek, 5 lipca 2016

Plusy i minusy greckiej kuchni z mojej perspektywy

Moi Drodzy, 31 maja opuściłam Grecję na tak zwane "zawsze" (choć, Boże proszę, żeby to nie było "na zawsze", muszę zwiedzić te tysiące przepięknych wysp, których nie dałam rady zobaczyć). Szczęśliwie spędziłam w tym kraju 2 lata, 4 miesiące i 6 dni. Przeniosłam się, poniekąd z powrotem, do Ligurii, choć tak naprawdę w Ligurii nigdy nie mieszkałam, jednak spędziłam tu mnóstwo czasu w przeszłości, no i stąd wyjechałam do Aten. Blog jest więc teraz pisany z Genui, stolicy regionu Liguria, który jest jednostką administracyjną Włoch ;) Ten post chciałabym poświęcić temu, co według mojej subiektywnej oceny Grecja ma najlepszego oraz w czym nie może konkurować z innymi w dziedzinie kulinariów.
Zacznę może od tych mniej pozytywnych rzeczy. Kuchnia grecka po dłuższym pobycie może naprawdę znudzić ze względu na dość ubogi wachlarz dań i produktów. Czasem ma się wrażenie, że Grecy żyją tylko fetą, oliwkami, pomidorami i mięsem grillowanym, ewentualnie gyrosem. Jest to dość przykra obserwacja, ale sam spacer w turystycznym centrum Aten może potwierdzić to, co właśnie napisałam. Wszechotaczający zapach gyrosów i mięsa, a do tego feta, tzatziki i sałatka grecka (a ta też z fetą). Pewnie zaraz po stwierdzeniu tego zostałabym zaatakowana argumentem, że Grecy mają większą różnorodność serów i dość duży wybór dań wegańskich czy bazujących na warzywach. I jest to prawda. Grecy mają kilka innych serów, na przykład mizithrę, która jest bardziej kremowa i mniej słona od fety (lub w ogóle nie słona, ma ponoć dwie odmiany, choć tej drugiej nie próbowałam), a którą uwielbiam. Mają też grawierę, twardy ser o wyrazistym smaku, czy kilka innych odmian używanych do zrobienia smażonego, panierowanego sera saganaki (a są to: kefalograwiera, kasseri, kefalotyri czy czasem halloumi, ale to cypryjski ser). Jednakowoż wrażenie jest takie, że jest tylko feta i fetę dodaje się dosłownie do wszystkiego. Druga sprawa to ogromnie wysokie spożycie mięsa, przy, a jakże, występowaniu tradycyjnych dań, które są w więszkości roślinne tylko i wyłącznie. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, gdyby sięgnąć do korzeni, grecka dieta była oparta na warzywach i oliwie z oliwek, nabiale i umiarkowanym spożyciu mięsa. Kultura jedzenia mięsnych fast foodów przyszła wraz z otwarciem się na kulturę zachodnią. Ile w tym prawdy? Nie wiem. Jednakowoż istnienie w kuchni greckiej takich dań jak: gemista, fasolakia (o których pisałam w poprzednich postach), fasolada, gigantes, które są daniami WEGAŃSKIMI, potwierdzałoby tą teorię. Teraz dość ciężko jednak jest znaleźć tawernę, która by serwowała te dania, choć należy zaznaczyć, że sezonowość odgrywa tu rolę (Grecy nigdy nie oferowaliby zupy fasolowej w lecie, czy gemista np., jest daniem typowo letnim, ponieważ jest z pomidorów i papryki). Podejrzewam, że wiele z tych dań jest robionych w domach, a niestety nie są często i powszechnie oferowane w tawernach (ze względu na popyt?).
Tak, Grecy jedzą też ryby i owoce morza, ale nie podoba mi się sposób ich przyrządzania. W większości smaży się je na głębokim oleju (kalmary, krewetki np.), a już w ogóle nie podoba mi się przyrządzanie ośmiornicy na grillu, co zawsze skutkuje zbytnim jej przypaleniem i zwęglonym posmakiem. To jest moje osobiste zdanie i zdaję sobie sprawę, że wiele osób całkowicie się ze mną nie zgodzi. Jeśli chodzi o przyrządzenie owoców morza, Włosi są w tym o niebo lepsi. Wyjątkiem jest krewetkowe saganaki, czyli przyrządzenie krewetek w garnku w sosie pomidorowym i podanie z pokruszoną po wierzchu (czym?) fetą :) Saganaki to nazwa garnka, w którym się przyrządza różne rzeczy, stąd smażony panierowany ser nazywa się saganaki, ale i krewetki w sosie pomidorowym z fetą również. Więc za krewetkowe saganaki duży plus dla Greków ode mnie.
Jak już wspomniałam o pozytywach, przekieruję się już wkrótce na wskazanie mocnych stron kulinariów w Grecji. Podsumuję tylko, co uważam za naprawdę słabe. Przede wszystkim brak różnorodności, który skutkuje tym, że o ile turysta może być w pełni usatysfakcjonowany, o tyle już ekspatriant mieszkający dłużej w Grecji będzie po prostu znudzony monotonią smaków. I tego doświadczyłam ja. Idąc na zakupy do supermarketu, miałam wrażenie, że w ofercie jest tylko feta, oliwki i oliwa. Mówiąc o kiepskich produktach, muszę wspomnieć wędliny, które w Grecji są złe, naprawdę złe, z kiełbasą na czele. Greckie wino również nie należy do dobrych. Auć... Wyszła mi z tego dość mocna krytyka. Jednakowoż są rzeczy nie do podrobienia, które ma tylko Grecja i z tego względu, jadąc do Grecji, nie zapomnijcie się w nie zaopatrzyć na drogę :)
Od czego zacznę? Co Grecja ma najlepszego? Oczywiście OLIWKI. Przekonałam się o tym po przyjeździe do Italii, której kuchnię oceniam ogólnie dużo wyżej, jednak oliwki... Grecy są niepodważalnymi królami. A co za tym idzie również oliwa z oliwek jest najlepsza grecka. Ja kupowałam oliwę od znajomych, którzy mieli swoje sady oliwne i dawali do wyciśnięcia oliwę w miejscowych zakładach. Była to więc tłoczona na zimno, 100% organiczna oliwa i nie miała sobie równych. Oliwki i oliwa. Co jeszcze? Oczywiście, że ta feta, która zdaje się być jedyną, ale i jest królową greckich serów. Znajomy Grek kiedyś mi powiedział, że Grecy nie eksportują fety i wszyskie te "fety", które są dostępne w innych krajach są w tychże krajach produkowane i są to sery fetopodobne. I znowu, nie wiem, ile w tym prawdy, choć mając w pamięci naszą fetovitę, czy coś w tym stylu oraz fetę, którą kupiłam tu we Włoszech, skłaniałabym się ku prawdziwości tej teorii. Feta smakuje dobrze tylko w Grecji i jeśli ktoś nie jadł fety w Grecji, nie wie, jak smakuje feta. I co za tym idzie sałatka grecka - tylko w Grecji. Ze względu na to, co napisałam: jej 3 ważne składniki tylko i jedynie w Grecji są najlepsze - feta, oliwki i oliwa z oliwek (ale również ogórek, próbowaliście ogórków we Włoszech? Mają tu inną odmianę, choć my w Polsce mamy tą samą, co w Grecji). Plus odmiana papryki używana do wykonania sałatki greckiej jest chyba tylko w Grecji, przynajmniej na razie nie przypominam sobie, żebym ją gdzieś widziała w innych krajach... No i pomidory... W Grecji najlepsze. Skoro jestem w temacie warzyw, w Grecji są naprawdę pyszne, z wyjątkiem ziemniaków. Pomidory miażdżą system. Jak i pomarańcze. Najlepsze w Grecji. Ktoś się z tym nie zgadza i wie, gdzie są lepsze pomidory i pomarańcze? Dajcie znać! 


Czyli były tak:
numer 1 OLIWKI
oliwa z oliwek (najlepiej z prywatnych sadów tłoczona na zimno)
feta
pomidory w lecie
pomarańcze w zimie
Zaszczytne szóste miejsce przypada nie komuś innemu, tylko panu Jogurtowi. Greckiemu oczywiście ;) Jest przepyszny i nie do podrobienia z jakichś niewyjaśnionych przyczyn.
O najważniejszych rzeczach już wspomniałam. Grecy mają również bardzo dobry miód, ale parę innych krajów również może się tym poszczycić. Jadąc do Grecji, zaopatrzyłabym się jeszcze w tahini, szerrroko dostępne (w każdym supermarkecie) i nie aż tak drogie, jak w innych krajach, gdzie jest uważane za produkt wysoce orientalny.
Zdaję sobie sprawę, że kogoś mogłam oburzyć (a już na pewno Greków, którzy są dość dumni ze... wszystkiego ;) ) i jestem otwarta na inne opinie, bo tak, jak na początku wspomniałam jest to moja subiektywna lista plusów i minusów greckiego jedzenia. Piszcie z czym się zgadzacie, a z czym (absolutnie) nie w komentarzach. Kali sas orexi! :-)

niedziela, 8 maja 2016

Chilli senza carne, czyli wrapy z bezmięsnym nadzieniem w stylu meksykańskim

Jeżeli ten blog ma reprezentować mnie i to, co się dzieje w mojej kuchni, nie może zabraknąć tego prostego dania. O sympatyzowaniu z kuchnią meksykańską pisałam już wiele razy. Te wrapy jedliśmy na długo przed tym, jak przestałam jeść wołowinę, ale teraz są wyjątkowo przeze mnie doceniane i często robione, jako substytut chilli con carne (na które przepis znajdziecie TUTAJ). Ta prawie już monotematyczność w kuchni wynika z naszego szczególnego umiłowania chili (to na pierwszym miejscu), papryki oraz fasoli. Naprawdę często gotujemy dania z wykorzystaniem tych 3 składników. 



Składniki na około 4 wrapy:

paczka tortilli według swojego uznania
2 papryki idealnie różnokolorowe
2 papryczki chilli (będzie ostre i ma być ostre ;) )
1 cebula
puszka fasoli czerwonej
puszka kukurydzy 
ok 250 ml passaty pomidorowej
2 ząbki czosnku
kmin rzymski i słodka papryka do przyprawienia
sól i pieprz do smaku
oliwa lub olej 

Opcjonalnie do zawijania:
tarty ser żółty 
limonka
jogurt naturalny
awokado

Wykonanie:

Zaczynamy od umycia, wycięcia gniazd nasiennych i pokrojenia w grubą kostkę papryk (mogą być też paski lub półpaski). Chilli, jeśli mamy świeże również myjemy i kroimy drobno. Ja użyłam jasnozielonego, długiego chilli, które jest tu w Grecji do kupienia w sklepach. Wyglądają jak na zdjęciu poniżej. Suszone małe czerwone papryczki też się nadają.


Kroimy również cebulę w pióra i czosnek w miarę drobno. Na patelni na oleju podsmażamy cebulę, aż zmięknie i się leciutko zezłoci, następnie dorzucamy do niej czosnek i chwilę podsmażamy. Na patelnię wrzucamy papryki i papryczki chilli, solimy i pieprzymy i przez jakieś 10 min. na bardzo małym ogniu dusimy je pod przykryciem. Po upływie tego czasu dodajemy passatę pomidorową i przyprawiamy całość kminem i słodką papryką, mieszamy całość i znowu przykrywamy, pozostawiając na minimalnym ogniu przez ok. 20 min. W tym czasie musimy zajrzeć pod przykrycie i pomieszać całość oraz sprawdzić, czy nam się nie przypala. Jeżeli po upływie tych 20 min. ocenimy, że papryki są już ugotowane, dodajemy do nich odcedzone z wody fasolę czerwoną i kukurydzę. Całość jeszcze razem gotujemy przez jakąś chwilę już bez pokrywki, podkręciwszy uprzednio ogień na większy. Ma to zapewnić wyparowanie zbędnego nadmiaru płynów. I gotowe. Jest to nasz farsz, który zawijamy w tortillę. Możemy dodać do tego tarty ser żółty, awokado, odrobinę jogurtu naturalnego lub kwaśnej śmietany oraz odrobinę soku z limonki. To już pozostawiam Wam ;) Smacznego!